Szablon wykonała Zochan dla Ministerstwo Szablonów

piątek, 15 września 2017

Zwiędły żonkile - cz.4

Tak. Zdaję sobie sprawę, że nie było mnie tu szmat czasu. Chęć odpoczęcia od ItaSasu, od pisania czy po prostu znudzenie bloggerem? Sama już nie wiem. Ale wróciłam. Po przeczytaniu swoich shotów (które swoją drogą muszę zacząć poważnie poprawiać gramatycznie i interpunkcyjnie) natchnęło mnie na tyle by napisać tę ostatnią, przesłodzoną część żonkili. Miało być dramatycznie, a wyszło jak zawsze. Miejmy nadzieję że po przeczytaniu i poprawieniu Tronu także najdzie mnie ochota na dokończenie. Trzymajcie kciuki. Jak zwykle zachęcam do komentarzy. To bardzo motywuje. Dzięki! <3

ROZDZIAŁ ZOSTANIE SPRAWDZONY I POPRAWIONY W NAJBLIŻSZYM CZASIE. CZYTASZ PIERWSZĄ WERSJĘ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Świadomość powoli do niego wracała, jednak nie otwierał oczu. Nawet gdyby chciał, to nie mógł. Dziwne, bo czuł pieczenie pod powiekami.
-Sasuke.
Skrzywił się. Zapiszczało mu w uszach, jak gdyby ktoś krzyknął mu to na cały regulator z bliskiej odległości. Ważniejsze jednak było to, że wiedział do kogo owy głos należy. Dość niepewnie uniósł dłoń, myszkując po szorstkim prześcieradle. Ręka Itachiego jakby na zawołanie znalazła się w jego zasięgu i została natychmiastowo ściśnięta. Odetchnął z ulgą. Dobrze, przynajmniej czucie było w normie. 
-Opowiadaj. 
Uformował ostrożnie tylko to jedno słowo, czując ścisk w gardle. Przełknął nagromadzoną ślinę. Zapadła nieprzyjemna cisza, podczas której zdołał wywnioskować, że ma czymś owiniętą głowę. Więc dlatego nic nie widział. 
-Zostałeś postrzelony. Straciłeś przytomność... i dużo krwi. Do teraz nie było pewności, że się obudzisz. Powinienem... zawiadomić pielęgniarkę. 
Zacisnął mocniej palce, gdy próbował wstać. Co to, to nie. Dość nieudolnie zmarszczył brwi. Itachi zgodnie z przewidywaniami wrócił na miejsce. Miał zimne ręce. Czy to już się kiedyś nie wydarzyło? Nie był w stanie poprawnie stwierdzić jego stanu po przez irytujący brak pomocy wzrokowej, ale po tonie głosu strzelał, że był zaniepokojony. I jednocześnie lekko rozdygotany. Znów dobrze. Uśmiech cisnął mu się na usta, ale nie ujrzał światła dziennego. W końcu nie mógł pozwolić, żeby zobaczył, że jest zadowolony z tego, że się o niego martwi. Sam nie wierzył, że tak myślał, ale to by było wobec niego nie fair. 
-Kto? 
Zadał kolejne, spokojniejsze pytanie. Zamiast przejmować się błahostkami skupił uwagę na dłoni brata, którą zaczął ostrożnie badać opuszkami palców. Jak nie Sasuke, ale to akurat nie miało znaczenia. Skądś musiał pozyskać wiedzę o reakcjach brata. 
-Sasori. Twoi znajomi go dorwali. Widocznie Naruto pobiegł za tobą.
Odpowiedź była niechętna, pomimo prób ukrycia tego za ścianą obojętności. Zbyt często niegdyś to słyszał, by przeoczyć taki szczegół. Był zły? Zatroskany? Smutny? Rozgoryczony? A może wszystko na raz? Cholera, nie mógł tego jednoznacznie stwierdzić. Zamilkł. Co mógł mu powiedzieć, żeby było dobrze?
-Żyję.
-Ledwo.
Sprostował, niemal natychmiastowo. Teraz już wiedział, usłyszał, poczuł mocniejszy nacisk na dłoni.
-To nie twoja wina.
Zauważył spokojnie, próbując podeprzeć się drugą ręką aby usiąść. Cóż, jak można się było tego spodziewać pisk i pulsowanie w głowie były nie do wytrzymania, więc ponownie runął na poduszki. 
-Tak twierdzisz? Jakby nie było prawie zginąłeś. Dlatego że tu jestem.
Tym razem gorycz. Uderzyło to w Sasuke gorzej niż szok po postrzałowy. Już wiedział czym było to, co towarzyszyło Itachiemu od początku tej rozmowy. Nie było innej możliwości. Chciał odejść. Bo według tego co mówił, przez niego stało się to co się stało. Ogarnęła go panika. Otworzył usta, ale nie mógł wydusić słowa. Brak oddechu, ciężkość umysłu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że pomimo tego jak z nim postąpił, pomimo iż wracał tylko wtedy gdy chciał, nie zniósłby kolejnej straty brata, którego po raz kolejny postanowił obdarzyć swego rodzaju zaufaniem. Uczuciem, żeby było ciekawiej. 
-Nie odchodź. 
Poprosił słabiej, niż by tego chciał. Miało to zabrzmieć jak rozkaz niemożliwy do zignorowania. Ale nie. Po raz kolejny zdradził go własny organizm. Uścisk lekko zelżał. Powędrował wyżej, na jego ramię, a w końcu i policzek. Także zimny. Krzesło obok zatrzeszczało, jedynie wzmacniając przyśpieszone walenie serca.
-Nigdzie się nie wybieram.
Mokre, zimne usta na rozgrzanym policzku. Tylko czy to aby na pewno nie był jedynie gest pocieszenia? Próba odwrócenia uwagi? Złapał go za szyję.
-Nigdzie się nie wybieram.
Powtórzył tym razem mocniej, pewniej. Odetchnął cicho, rozluźniając spięte mięśnie. Z ciężkością umysłu poddał się drobnym muskaniom twarzy, skórze warg, która drażniła go coraz bardziej natarczywie. A to na szyi, kąciku ust, przy nosie, na policzkach i za uchem. To co przed chwilą odczuwał jako zimne zostawiało za sobą gorące ślady, które chcąc nie chcąc czuł aż za bardzo. I to irytujące oczekiwanie. Oczekiwanie aż trafi w końcu na to konkretne miejsce... znieruchomiał. Naprawdę o tym pomyślał w ten sposób. O nim. Przygryzł wargę, odciągając myśli od tego krępującego uczucia. Ale zauważył to, w końcu to był spostrzegawczy Itachi. Jego Itachi.
-Co się stało?
Zapytał, na szczęście luźniej. Jakby odrobina noszonego ciężaru została zdjęta z jego barek.
-Nic.
-Nic?
Powtórzył. Gdyby widział, mógłby przysiąc, że pretensjonalnie unosi tą swoją idealną brew. Nie odpuści, prawda? Westchnął głęboko.
-Wkurza mnie ten brak poglądu na sytuację. Przez to bardziej... wszystko odczuwam.
Powiedział to. A ile musiał włożyć w siebie wysiłku żeby wymówić ostatnie dwa słowa. Jakiś koszmar. Czuł się jak kobieta żywcem wyjęta z brazylijskiego serialu. Koniec końców powód pobytu w szpitalu kompletnie uciekł mu z głowy. A wraz z tym pytania, które musiał mu jeszcze zadać. Na przykład o tym gdzie jest mała i dlaczego chciał się wtedy spotkać.
-Hm... muszę Cię pochwalić Sasuke.
Teraz autentycznie miał małego nie ogara w głowie. Dlaczego Itachi tak pedantycznie przeciągał swoje wypowiedzi, albo używał tego dziwnego, nienaturalnego, porywistego tonu?
-Za co?
Serio go nie kumał. Wiedział, że bez wzroku jest jak dziecko we mgle i chyba to stawiało go na niepewnym gruncie. Jakby chodził po urwisku z zamkniętymi oczami, mając za przewodnika jedynie szalejący wiatr. Prawda, że niezbyt dogodna sytuacja? Nigdy nie wiesz kiedy spadniesz.
-Za odwagę.
Parsknął.
-Już nie jestem małym dzieckiem, nie chowam się pod łóżko czekając aż zrobisz wszystko za mnie.
Szepnął cicho, wzdychając. Odszukał twarz Itachiego, po czym podobnie jak on przed chwilą przejechał po niej palcami. Skurczybyk tylko tego wyczekiwał. I dałby mu tą satysfakcję gdyby nie usłyszał skrzypnięcia drzwi, a zaraz potem krzyk mocno podminowanej kobiety, której początkowo nie poznał.
-Ty gówniarzu!
Parsknął, nie komentując faktu, że był starczy od Hinaty przynajmniej o dwa lata. Jeśli dobrze pamiętał bo i z tym zaczynało robić się krucho. Nie widział więc jej uwieszenie się na obolałej szyi było dużym zaskoczeniem. Gdzieś w tle dosłyszał krzyk małej, a zaraz potem uspokajające cichanie Itachiego.
-Dziewczyna ma rację.
-Och. Kogóż to przywiało w odwiedziny.
Mruknął, zdając sobie sprawę że unosi kącik ust w delikatnym uśmieszku. Igranie z Naruto było jednym z jego ulubionych zajęć od czasów licealnych. Teraz już nie jedynym. Był pewien że drażnienie Itachiego w ten i kilka innych sposobów zdecydowanie się opłaci.
-Nie myśl sobie że kara cię ominie.
-Ależ skądże panie władzo.
Uniósł ręce na znak udawanego przerażenia, jednocześnie próbując nie wykrzywić ust w grymasie bólu. Hinata była ciężka.
I wtedy Sasuke po raz pierwszy optymistycznie pomyślał, że może życie wcale nie jest taką spierdoliną jak to sobie wyobrażał.

***
Było wcześnie rano kiedy postanowił ostrożnie przesunąć dłoń po nagiej piersi brata. Atrakcyjnego brata, który to na dodatek leżał właśnie obok niego, w jego łóżku. 
A Sasuke zgodnie z przyrzeczeniem nie przeklął od tygodnia.
Świat stawał na głowie. Jak do tego doszło? Nie wiedział. Stało się. Ledwie wyszedł ze szpitala zdarzenia potoczyły się lawinowo. Unieruchomiony i zdany na łaskę innych, a konkretnie jednego, szczególnego osobnika musiał pozwolić się myć, karmić i zanosić w bliżej niedostępne miejsca. I to był tego początek. Odetchnął najciszej jak tylko potrafił, pochylając się. Wargi sunęły po odsłoniętym ramieniu, szukając jakichkolwiek słabych punktów. Itachi zamruczał cicho przez sen, na chwilę powstrzymując go od oddychania. Wolał nie wiedzieć jak teraz wyglądał i co zrobiłby brat gdyby dostrzegł tą jakże niegodną czynność. Ale musiał. Czuł jego zapach, wszystkie napinające się mięśnie i ciepło gładkiej skóry. 
-Co robisz? 
Pytanie zadane zaspanym głosem, które skutecznie zmusiło go do odwrotu... gdyby tylko mógł go dokonać. Łasica trzymał mocno, nie pozwalając nodze wysunąć się z pomiędzy gorących ud. Przygryzł wargę od środka, przeklinając się w duchu za głupotę. 
-Podziwiam martwą naturę.
Odgryzł się, nie śmiąc wykonać żadnego czynności. Jak już wspomniał - ten tydzień był bardzo intensywny. Nie mógł zbytnio się ruszać i to bynajmniej nie z winy obrażeń wywołanych przez Sasoriego. 
-Czyżby?
Dziękował sobie że miał pod ręką kołdrę, która skutecznie stłumiła pisk. Nie widział. Skąd miał wiedzieć że Itachi pchnie go na plecy i jak gdyby nigdy nic unieruchomi nadgarstki nad głową jak w jakimś słabym sado-maso?
-Czyżby?
Powtórzył, tym razem szepcząc mu tuż przy uchu. 
I wtedy Grace zaczęła płakać.
Nie mogąc się powstrzymać wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. W tej chwili dałby wszystko aby zobaczyć minę Itachiego. Ciężar zniknął, pozostawiając po sobie jedynie obietnicę rychłej i bolesnej zemsty. 
Ostrożnie wyciągnął rękę, wyjmując z wazonu na szafce nocnej kilka żonkili, które zaraz odruchowo powąchał.
Tak jak myślał Łasica zmienił kwiaty. 
Te były świeże.