Szablon wykonała Zochan dla Ministerstwo Szablonów

piątek, 27 listopada 2015

Tron - Rozdział XIII.

Los naprawę lubił dawać ludziom kopa w zad. Zwłaszcza tym najniewinniejszym, którzy w niczym nie zawinili. Itachi uchylił powieki, wypuszczając z płuc nazbierane powietrze. Był zły, że dał się namówić Painowi na sen, podczas gdy ojciec i brat go potrzebowali. Jednak pomimo tego, nie potrafił pokazać prawdziwych uczuć. Otępienie towarzyszące każdemu zaraz po wybudzeniu cały czas się go trzymało.
-Ile spałem?
Zapytał cicho, przekręcając się na drugi bok, dla większej wygody. Wiedział, że powinien wstać, aczkolwiek umysł sumiennie starał się to mu wybić z głowy. Wcześniej, dowiedziawszy się kilku faktów dotyczących zdrowia rodziny, miał wątpliwości, czy w ogóle uda mu się usnąć. Jak widać, przekonywania Paina, że wszystko się jakoś ułoży skutecznie zadziałały. Być może dlatego, że Rudy był o wiele spokojniejszą wewnętrznie osobą niż on sam. Itachi bezustannie się o coś niepokoił i zazwyczaj nie były to rzeczy powiązane z nim samym. Wolał martwić się o innych niż o siebie. Takim człowiekiem już był. Przetarł powieki, cudem opanowując głębokie ziewnięcie.
-Dobrą godzinkę.
Stwierdził Rudzielec. Już po jego głosie można było się domyślić, że nie jest zbytnio z takowego faktu zadowolony. Dowiedziawszy się, że w krwi długowłosego nie grasuje zabijająca trucizna, stał się o wiele bardziej opanowany, jednakże ciągle uważał, że odpoczynek był priorytetem aby Uchiha nie umarł mu z niepokoju. Zwłaszcza, że Sasuke obecnie był w o wiele gorszym stanie niż ojciec i nie wyglądało na to, aby jego zdrowie miało się polepszać. Winą był zapewne upadek i spora utrata krwi. Tyle że Itachi jeszcze o tym nie wiedział. Jak na przyjaciela przystało, Rudy delikatnie mówiąc bał się przekazać mu tę wiadomość. Nie miał pojęcia jak postąpi, nawet jeśli znał go aż tyle czasu. Uchiha może i był rozsądnym człowiekiem, ale tu chodziło o dzieciaka, którego do siebie dopuścił. Zważywszy na to, iż do tej pory tego zaszczytu zasmakowały tylko dwie osoby, nie sposób było przewidzieć co z tego wyniknie.
-Wiadomo już, kto to zrobił?
Zadał kolejne pytanie, starając się wypowiadać kolejne słowa tak dokładnie i spokojnie jak tylko potrafił, mimo iż ciche, zaspane pomruki same opuszczały malinowe usta, wraz z każdym, wypowiedzianym kolejno wyrazem.
-Jeszcze nie. Szukamy sprawcy, ale nie martw się. Nie powinien wyrządzić już nikomu krzywdy.
Pain w swojej odpowiedzi od razu uprzedził nadchodzące pytania i nawet posłał delikatny uśmiech mężczyźnie. Tak dla... otuchy? Po prostu wiedział, że powinien był to zrobić. Że to mogło w jakiś sposób pomóc mu się ogarnąć. Podkrążone z niewyspania oczy Itachiego zdecydowanie nie były tym, co chciał widzieć na bladej twarzy.
-Swoją drogą, gdy spałeś dostałem kilka kolejnych szczegółów.
Zaczął łagodnie, z uwagą obserwując twarz mężczyzny, która pod wpływem wypowiedzianych przez niego słów spięła się nieznacznie. Mężczyzna podniósł się do siadu i po odgonieniu od siebie słodkiego rozleniwienia ponaglił wzrokiem do dalszego mówienia.
-Wiemy z czego składa się trucizna. I wiemy jak zrobić odtrutkę, ale do tego jest potrzebne coś z odległego miejsca.
Rudy wzruszył ramionami, jednak nie mogąc się zdobyć na to, by powiadomić go o stanie jego młodszego brata. Sam był nieco smutny z powodu dzieciaka, ale bardziej teraz zamartwiał się królem, co musiał przyznać tak czy owak. Lud się niepokoił, a to, że Fugaku mógł umrzeć w każdej chwili było dogodną okazją do ataku dla nieprzyjaznych państw. Tutejsze ziemie były cenione, a więc nie zdziwiłby się, gdyby ktoś odważył się zrobić krok w przód. A potem tylko czekać, aż do walki o terytorium przyłączyliby się inni. Powstałaby wojna, a im nikt nie przyszedłby z pomocą. Bo gdy władca nie zasiadał na tronie, najłatwiej było zaatakować. Chwila obecna stała się dosyć krytyczna, co można było dostrzec gołym okiem, bez większego rozmyślania nad tym. Dlatego chcąc czy też nie, musiał wyjechać po składnik do lekarstwa. I to jak najszybciej. Ale zważywszy na to, iż tam gdzie zamierzał się udać nie było bezpiecznie, wolał wziąć kogoś ze sobą. No właśnie. Normalnie nigdy tą osobą nie byłby Itachi, zwłaszcza, że teraz potrzebny był na zamku, ale tylko jemu tak naprawdę ufał na tyle, aby wziąć go ze sobą. No i Uchiha posiadał całkiem niezłe umiejętności w walce. Zaczął więc tłumaczyć powoli każdy drobny szczegół, z jak największą dokładnością, by nie było pomiędzy nimi żadnych nieporozumień. Czas ich gonił. Trucizna, którą zostali upojeni członkowie jego rodziny działała szybko, zabijając po cichu i prawie niezauważalnie. Itachi jakby to wyczuł i natychmiast przeszedł do rzeczy, pytając o szczegóły.
-Co jest potrzebne?
-Kwiat. Leczniczy kwiat, powstrzymujący niszczenie komórek przez truciznę. Nie bardzo słuchałem gdy medyk o tym mówił, ale chyba chodzi o przyrządzenie z tego naparu.
Zmarszczył rude brwi, zaciskając usta. Nigdy nie rozumiał ziołolecznictwa. Był z tego tak dobry, jak święta krowa z liczenia.
-Ale mamy wygląd, więc wiedza na ten temat nie będzie potrzebna.
Wyjął z kieszeni szaty kartkę z rysunkiem jakiegoś kwiatka, o dosyć słabo zazielenionych liściach i płatkach w bladym różowym kolorze. Obaj spoważnieli. Itachi dlatego, że właśnie przyswajał nowe fakty, a Pain, ponieważ starał się ocenić stan emocjonalny przyjaciela po przez wgapianie się w onyks jego oczu. I chyba dostrzegł, to co chciał dostrzec, bo na jego ustach pojawił się ponownie lekki uśmiech. Nie potrzebował w sumie większego zapewnienia. Determinacja starszego księcia wystarczyła mu w zupełności. Rozejrzał się po pomieszczeniu, porwał leżący na kanapie płaszcz, nałożył go na siebie, a następnie skierował się w stronę drzwi. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, iż Uchiha zdążył już powtórzyć jego ruchy. Słyszał za sobą kroki chłopaka. Szybkie i niespokojne, jakby własnie zaczynał wyścig z nadchodzącym przeznaczeniem. Dlatego też wpadł na pewien pomysł. Nie, bardziej pasowało by tu słowo: ugoda.
-Tylko nie za długo.
Szepnął Rudy, zatrzymując się tuż przy... pokoju Sasuke. Itachi zamrugał, kierując na niego spojrzenie, ale zaraz ogarnął o co chodzi. Musiał się pożegnać. Przynajmniej na jakiś czas, a to oznaczało, że spotkanie mogło być ostatnim przed podróżą. Skinął głową, przełknął ślinę i ostrożnie wszedł do pokoju, starając się nie narobić hałasu. Był dosyć niepewny w stosunku do swoich emocji. Pomimo tego, że młodszy był nieprzytomny, a jego głowę spowijały opatrunki, widoczne nawet z daleka, to miał wrażenie, że nie śpi i rozumie co się wokół niego dzieje. Ostrożnie podszedł do łóżka, ukląkł i rzucił spojrzenie na bladą, niezdrowo wyglądającą twarz. Mimo tego, dla niego nadal był piękny. Westchnął, wyrażając w ten sposób swoją bezsilność. Jedyne co mógł zrobić, to żywić nadzieję, że ingerencja i przywiezienie wspomnianej wcześniej rośliny dadzą odpowiednie skutki.
-Wypoczywaj i bądź silny braciszku, dopóki nie wrócę.
Wyszeptał, pochylając się nad nim, aby pocałować go w rozgrzane czoło. Tyle że zrezygnował z takowej myśli tuż przed tym, jak jego usta miały się zetknąć z rozpaloną skórą. Zacisnął usta i przejechał opuszkiem kciuka po wargach chłopaka. Miał ochotę je pocałować. Tyle że postanowił to zrobić, jak już braciszek będzie świadomy. A o konsekwencjach pomyśli się później, gdy już będzie trzeba. Wyprostował się aby odejść. Musiał. Inaczej zapewne nie dałby rady się powstrzymać przed popełnieniem wielkiej głupoty.

1 komentarz:

  1. Ach te Twoje pomysły :) Rozkoszne...
    Nie będę się tu za długo rozwodzić nad komentarzem. Mi się po prostu podobało i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
    Weny

    OdpowiedzUsuń